
Na początku chciałam Wam napisać, że to będzie opowieść o mnie. Zawsze byłam szczupłą osobą, ważyłam około 50 kilogramów. Zaczęłam przybierać na wadze, kiedy zaszłam w pierwszą ciążę. Bardzo długo staraliśmy się z moim byłym mężem o dziecko.
Ciąża od początku była zagrożona. Bałam się o dziecko, a jednocześnie mierzyłam się z przykrymi komentarzami męża na temat mojego wyglądu. Zamiast wsparcia doświadczałam wyśmiewania. Czułam lęk i wstyd. Było mi trudno zarówno z tym, jak zmieniało się moje ciało, jak i z tym, jak traktowała mnie najbliższa osoba.
Samotność i ciężar odpowiedzialności
W pierwszej ciąży przytyłam 33 kilogramy. Przed ciążą ważyłam 53 kilogramy, a przed porodem — 86. Pamiętam, jak położna zapytała mnie o wagę. Spojrzałam na wyświetlacz i odpowiedziałam, że nie powiem. Tak bardzo trudno było mi to zaakceptować.
Byłam opuchnięta, nabrzmiała, budziłam się nawet ze spuchniętymi powiekami. Zmieniłam się tak bardzo, że znajomi czasami mnie nie poznawali. Po porodzie karmiłam piersią — zawsze wiedziałam, że tego chcę, i sprawiało mi to przyjemność. Jednak moja waga nie spadała.
Pod koniec ciąży mąż wyjechał do pracy na drugi koniec Polski. Zostałam sama z noworodkiem. Byłam z dzieckiem przez cały tydzień, a mąż przyjeżdżał na weekend albo nie. Często tłumaczył swoją nieobecność koniecznością rozwijania kariery i poświęcenia się pracy.
Nasze dziecko dużo chorowało. Później okazało się, że przyczyną były problemy z układem moczowym. Opieka nad maluszkiem, troska o jego zdrowie i prowadzenie domu spoczywały na mnie.
W środku byłam kipiącym wulkanem żalu. Miałam męża, a czułam się pozostawiona sama sobie. Bałam się, czy dam radę, czy wszystko zrobię dobrze, czy udźwignę odpowiedzialność za siebie, dziecko i cały dom.
Kiedy szukałam zrozumienia u teściowej, usłyszałam: „Co ty chcesz, przecież on ma taką odpowiedzialną pracę, musi się jej poświęcić”. Te słowa jeszcze bardziej pogłębiły moje poczucie osamotnienia. Moi rodzice już nie żyli, więc najbliższą rodziną była dla mnie rodzina męża.
Dzisiaj powiedziałabym, że stałam się takim „generałem”. Wzięłam życie w swoje ręce i wykonywałam obowiązki za nas oboje. Czułam się tak, jakbym została sama z dzieckiem na świecie, bez żadnego wsparcia.
Potem urodziłam drugie dziecko. W kolejnej ciąży historia się powtórzyła — znów bardzo przytyłam i nadal czułam się samotna. Z tą różnicą, że teraz miałam pod opieką dwoje dzieci. Ostatecznie nasze małżeństwo się skończyło.
Ważny przełom nastąpił, kiedy młodsze dziecko miało pięć lat. Powiedziałam sobie: „Tak dłużej nie będzie. Biorę się za siebie”. Spojrzałam w lustro i przypomniałam sobie, jak kiedyś czułam się we własnym ciele. Chciałam znowu zadbać o siebie.
Pogodziłam się z tym, że moja sytuacja wygląda tak, a nie inaczej. Poczułam, że chcę zarządzać swoim życiem na własnych zasadach. Poszłam do dietetyczki. W ciągu trzech miesięcy schudłam 23 kilogramy — tak wyglądało to w moim przypadku.
Mąż w ogóle tego nie zauważył. Czułam się dla niego przezroczysta, ale nie robiłam tego dla niego. Chciałam dobrze poczuć się we własnej skórze. Sama dostrzegałam zmiany i sama się z nich cieszyłam.
Mówiłam sobie: „Ale super, że schudłam!”. Później podczas numeroterapii wróciłam do tematu języka, którym opisuję własne doświadczenia. Zauważyłam, że słowo „chudnę” budziło we mnie więcej radości niż sformułowanie „straciłam kilogramy”. Dla mnie był to sposób na docenianie siebie i swoich postępów.
Od lęku do odbudowania poczucia bezpieczeństwa
Kolejny trudny moment przyszedł, kiedy moje podejrzenia dotyczące zdrady się potwierdziły. Okazało się, że mąż prowadził podwójne życie i mieszkał z inną kobietą w miejscu, w którym pracował.
Bardzo to przeżyłam. Choć, jak pamiętam, nadal stosowałam dietę od dietetyczki, zaczęłam zauważać ponowny wzrost wagi i opuchliznę. Miałam wrażenie, że tyję od samego patrzenia na jedzenie. Tak wtedy odczuwałam to, co działo się z moim ciałem.
Po rozwodzie pojawił się kolejny lęk — o mieszkanie. Podczas sprawy o podział majątku były mąż chciał mi odebrać miejsce, w którym mieszkałam. Bałam się, że stracę dach nad głową.
Miałam poczucie, że potrafi przekonywać innych do swojej wersji wydarzeń, a ja nie umiem równie skutecznie bronić siebie. Nie wiedziałam, jaki będzie wyrok. Ta niepewność była dla mnie bardzo trudna do zniesienia.
Wieczorami drżałam ze strachu i nie mogłam zasnąć. Bałam się tak po ludzku, że nie będę miała gdzie pójść. Postępowanie trwało sześć lat. Przez cały ten czas żyłam w napięciu, gotowości do walki i poczuciu zagrożenia.
Na szczęście sprawa zakończyła się w marcu na moją korzyść. Zostałam w mieszkaniu. Nikt mnie z niego nie wyrzucił.
Jednak zakończenie sprawy nie sprawiło, że wszystkie emocje od razu zniknęły. Po tylu latach życia w niepewności trudno było mi po prostu odetchnąć i uwierzyć, że zagrożenie minęło. Miałam wrażenie, że oduczyłam się czuć bezpiecznie.
Podczas spotkań z numeroterapią zaczęłam przyglądać się temu, jak wiele przez te lata dźwigałam. Zobaczyłam swój lęk, przeciążenie i ogromną potrzebę bezpieczeństwa. Zaczęłam też inaczej patrzeć na swoje ciało i historię zmian mojej wagi. Nie potrafię jednoznacznie określić ich przyczyn, ale praca z emocjami pomogła mi lepiej zrozumieć własne doświadczenia.
Teraz powoli dochodzę do siebie. Uczę się zauważać, że moja sytuacja się zmieniła i że mogę pozwolić sobie na poczucie bezpieczeństwa. Pomagają mi w tym afirmacje:
„Tu i teraz jestem bezpieczna”.
„Napełniam się bezpieczeństwem”.
„Tu i teraz mam dom”.
Powtarzam je codziennie od trzech miesięcy, z wewnętrznym przekonaniem. Przypominają mi o tym, co jest prawdą dzisiaj: mam swój dom, a sprawa sądowa już się zakończyła.
W tym czasie zauważyłam również, że zaczęłam chudnąć. Cieszę się z tych zmian, choć sama ich zbieżność z afirmacjami nie pozwala mi powiedzieć, co dokładnie wpłynęło na spadek wagi. Ważne jest dla mnie także to, że odzyskuję spokój i uczę się żyć bez ciągłego oczekiwania na kolejne zagrożenie.
Numeroterapia stała się dla mnie ważnym wsparciem w przyglądaniu się sobie. Cieszę się, że zapisałam się do szkoły, ponieważ mogę korzystać z poznanych narzędzi we własnej pracy nad sobą. To doświadczenie chcę też zabrać do przyszłej pracy z klientami — przede wszystkim jako większą uważność na człowieka i jego indywidualną historię.
I to jest moja historia, którą chciałam Wam opowiedzieć.
Z całego serca polecam Szkołę Numerologii Olgi N Stępińskiej oraz Instytut Numeroterapii.
Wasza Studentka